...


Zachęcam do napisania: 25639621.

piątek, 17 sierpnia 2012

Rozdział 14


*Lou*
-Siadaj Harry i przestań, bo zachowujesz się jakbyś był tu gościem. -stał sztywno w przedpokoju czekając prawdopodobnie na pozwolenie na jakikolwiek ruch. Po chwili jednak ruszył się i usiadł na swoim stałym miejscu, w swój jakże charakterystyczny sposób. Próbowałem zachowywać się normalnie, aby nic nie widział, aby nic nie zauważył. By nie zauważył jaki jest dla mnie ważny, bo sprawienie mu przykrości to naprawdę ostatnie co pragnąłbym zrobić. -To co Curly, o czym chcesz porozmawiać? -spytałem odruchowo zaciskając mocno szczękę, bo nie byłem jednak gotowy na rozmowę, nie na tę rozmowę. Poprawił się na fotelu i zaczął raczyć mnie swoim niskim i jakże subtelnym tonem głosu.
-Muszę Ci powiedzieć.. Chcę Ci powiedzieć, że kocham.. -nie musiał kończyć. Wyłączyłem się zupełnie. Mówił w moją stronę, a ja wszystko momentalnie odbijałem, nic do mnie nie dochodziło. -..Ronnie. Nie wiem co mam powiedzieć Lou. Wiesz, że Ciebie również kocham, ale uwierz mi na słowo honoru, że nie potrafiłbym.. po prostu uwierz mi, że nie jestem z Nią dlatego, że boję się tego co jest pomiędzy Nami, tylko ja odbieram to w inny sposób.
-Co jest pomiędzy Nami? Co odbierasz w inny sposób? -zapytałem się go chaotycznie wyrywając się z zamyślenia. -Odpowiedz.
-Nie wiem, naprawdę nie wiem. Kocham Cię, ale nie w taki sposób, rozumiesz mnie? Jesteś moim bratem, przyjacielem, wszystkim.
-A więc skoro jestem wszystkim to dlaczego.. -dlaczego mnie ranisz? Dlaczego nie chcesz być ciągle przy moim boku? Dlaczego pozwalasz mi być samemu, pozwalasz bym miał niekontrolowane myśli, wszystkie destrukcyjne? W głowie tłumiłem złe słowa -..teraz mnie przepraszasz? Mi wystarczy to, że jestem dla Ciebie wszystkim. -jestem egoistą i to wielkim, ale nie potrafiłbym przyznać się do tego co czuję, bo nie dość, że zabiłoby to mnie, zabiłoby również Jego, a znając życie nawet gdybym się przyznał teraz, w tej chwili, to nie byłby ze mną, nie mógłby, zresztą i ja miałbym trudności spojrzeć w Jego zielone tęczówki, a przede wszystkim nie potrafiłbym sobie spojrzeć w oczy. Widać, że Jego.. dziewczyna jest dla Niego ważna. Widać. To boli. Boli cholernie. Przez chwilę myślałem, że nie dam rady, że zacznę krzyczeć, ale szczypałem potajemnie własne uda by ukrócić emocje płynące w skażonej krwi. Ubolewałem nad tym w jaki sposób się do siebie odnosiliśmy - jakbyśmy się nigdy nie znali, nigdy nie.. kochali. Wszystko jest moją winą, bo przecież wystarczyłoby się nie zakochiwać. Banał.
Harry był chyba zaszokowany moimi słowami. Cisza trwała jakiś czas, aczkolwiek dla mnie czas już dawno nie miał znaczenia. -Powiesz coś Hazz? Czy będziemy tak siedzieć jak debile? -próbowałem był dawnym Louisem.
-Dziękuje. -wydusił z siebie. Patrząc na Jego mimikę i w Jego błyszczące oczy nie potrafiłem rozróżnić uczucia, które Nim władało w tej chwili. Był tak szczęśliwy, szczęśliwy, bo trwa w szczęściu, które nosi damskie imię, ale z drugiej strony siedział tu skromnie, jakby coś go nurtowało, wręcz niepokoiło. Zwykle nie było dla mnie niczym szczególnie trudnym rozgryźć Harry'ego, choć od zawsze, jeżeli chodzi o głębsze uczucia był w tym dość trudny, ale nie było to dla mnie przeszkodą. W tej chwili jakby był mi obcy, Jego dusza jakby była mi obca, nieznana. Uśmiechnął się uroczo i znów usiadł spokojniej w charakterystycznej pozie dla siebie. Ja, nadal spięty opierałem się mocno łokciami o kolana, spoglądając lekko spod byka w Jego stronę, nadal trudno było mi być normalnym. -Dziękuje za to, że mnie szanujesz, za wszystko Ci dziękuje.
-Nie dziękuj mi, bo.. -nie skończyłem, bo przerwał mi szybko zanim cokolwiek zdążyłem powiedzieć.
-Lou, chcę żeby było jak wcześniej, tylko.. sam rozumiesz. -rozumiem - bez większych czułości.
-Wiem Harry, rozumiem, nie jestem idiotą.
-Kocham Cię Boo Bear i dziękuje. -te słowa zamiast mnie radować, raniły bardzo mocno, ale nie mogłem się im oprzeć. Nie mogłem się oprzeć Jemu, który wstał ze swojego miejsca i przypałętał się do mnie, siadając blisko, bardzo blisko, aż poczułem Jego zapach.. mój ukochany zapach. -Będzie jak dawniej, prawda?
-Nie zależy to tylko ode mnie Harry. Widzisz co się dzieje.. nie tylko z Naszą dwójką jest nie w porządku, ale z całą Naszą piątką. -niestety taka była prawda. Trochę się zgubiliśmy, zgubiliśmy Naszą wspólną drogę.
-Wiem, wiem, rozmawiałem z mamą i przede wszystkim dzięki Niej wiele zrozumiałem i muszę coś zorganizować. Musi wszystko wrócić do normy. Za bardzo się rozdrobniliśmy, a przecież jesteśmy dla siebie najważniejsi. Trzeba będzie podzwonić do chłopaków. -mówił z wielkim przejęciem w głosie patrząc mi się prosto w oczy. Trudno było wytrzymać, ale musiałem stwarzać pozory.
-Ja się tym zajmę, spokojnie, a Ty teraz marsz do.. do Ronnie.. -uśmiechnąłem się pośpiesznie by nie zabrzmieć idiotycznie. -Bo jest jeszcze w szpitalu, prawda? -zapytałem, bo pewna część mnie kazała mi to zrobić, choć nie całym sobą pragnąłem wiedzieć co u Niej. Spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem, ale ja nadal spokojnie czekałem na jego ruch. Po chwili zastanowienia wstał.
-No dobrze, widzę, że już mam sobie iść.. i to z własnego domu. -uśmiechnął się pociesznie, choć nie na długo. -Lou..? Czy Ty tu sam mieszkasz? -on się przeraził, a mnie to kompletnie nie wzruszyło. Przyzwyczajenie działa, choć nocami.. nocami nie jest tak łatwo.
-No czasem Ty tu przyjdziesz na noc, ale masz swoją kawalerkę, a reszta tak samo.. czasem przyjdą tu, ale ostatnimi czasy w ogóle ich nie widać. Sam wiesz.. Daddy z Danielle; następne gołąbki, mianowicie Zayn z Perrie cieszą się sobą co widać w choćby internecie; Nasz Nialler to u rodziny chyba, bo dawno się nie odzywał, a dobrze wiesz, że jak jest u siebie to Nas o tym nie informuje, bo tak jest bezpieczny; no i Ty.. masz zajęcie, także wszyscy jesteśmy zajęci.
-A Ty Louis? Co z Tobą? -przysiadł znów zaniepokojony czekając na moja odpowiedź.
-A co ma być Hazz? Żyję sobie. Els czasem do mnie przychodzi. Jako przyjaciółka jest wspaniałą osobą, a tak to.. piszę trochę i czytam wiele, o właśnie, czytam. -uśmiechnąłem się znów by nie wyszło, że całkowicie się zatraciłem, choć właśnie tak było. Nie było przy mnie prawie nikogo. Eleanor również nie było. Byłem sam, ale On nie musiał o tym wiedzieć. Miał swoje problemy na głowie, choć wiedziałem, że mimo wszystko, mimo tej przepaści między nami On mnie znał i tego się bałem, bałem się, że mnie zdemaskuje.
-Eleanor? -zapytał. Zaśmiałem się żałośnie w sobie. Nie z Jego, ale z siebie na myśl, że może jest trochę zazdrosny. -To dobrze, że jest, cieszę się.
-Ja również, ale mówię Ci - idź do Ronnie, okej? Ja zajmę się Naszą zbiórką i niedługo się widzimy. -sam nie wiem dlaczego się go tak nędznie pozbywałem, ale może już przyzwyczaiłem się do samotności, bynajmniej.
-Dobrze, tym razem Cię posłucham, ale nie myśl sobie, że szybko tu nie wrócę, poza tym dziś wracam tu spać, albo i nie spać, pooglądamy filmy, co Ty na to? -widać, że starał się by było jak wcześniej, aczkolwiek oby dwoje dobrze wiemy, że tak nie będzie.
-A więc czekam Hazz. -uśmiechnąłem się. -Wiesz gdzie są drzwi. -machnął na mnie rękę i radośnie udał się ku wyjściu.
Wreszcie znów byłem sam. Osunąłem się na kanapie, ręce założyłem na piersi i oddałem się myślom.. milion myśli na sekundę.

*Harry* 
Wychodzą od Lou zacząłem drżeć. Jest. Już. Po. Wszystkim - zapewniałem sam siebie na głos. Przecież poszło dobrze, więc dlaczego nadal mam to dziwne uczucie.. jakbym mu nie wierzył. Jakbym nie wierzył sam sobie. Nie chcę o tym myśleć. Ruszyłem przed siebie kierując się do samochodu by jak najszybciej dostać się do szpitala. Jestem dużo spokojniejszy i czuję się o niebo lepiej po mojej rozmowie z Ronnie, że zrozumiała, bez najmniejszego 'ale', po prostu zrozumiała i mnie przytuliła, jakby nic się nie stało, jakby wszystko było w porządku. Czułem, że naprawdę rozumiała, i że mi ufa. Jest tak niezwykle wyrozumiała. Kocham ją bardzo, jest nieziemską istotą i nie wyobrażam sobie żyć bez Niej. Teraz jeszcze na głowie mam Nasz zespół, ale w tym też mam Jej wsparcie, dużo wsparcia z Jej strony i mojej mamy, a to dla mnie najważniejsze, do tego Louis powiedział, że wszystko załatwi, że podzwoni do chłopaków - to bardzo miłe z Jego strony. Martwię się o Niego, strasznie się zaniedbał. Nie, to ja go zaniedbałem, zdaje sobie sprawę, że jest w tym wielka moja wina i wiem, że muszę to naprawić, dla Niego i dla chwil, które kiedyś były na porządku dziennym. Tęsknie za tym. Jesteśmy jednak taką małą rodziną. Nie powinniśmy tego zaprzepaścić, nigdy. Ten dzień będzie długim dniem..

*Ronnie* 
Nie zostawił mnie, obiecał, że nigdy już nie zostawi. Nadal lekki strach targał moje nerwy, ale Harry zapewnił, a ja mu ufam. Jego uczucia.. Jego uczucia mną wstrząsnęły, bo nie wiedziałam co czuję, nie mówił mi, to wszystko działo się tak szybko. Fakt, że zdecydował się na kochanie mojej osoby było czymś niesamowitym, aczkolwiek myśli o tym co przeżywał wcześniej, że nie mógł mi o tym powiedzieć, tułał się z tym sam, nie mogły opuścić mojej głowy. Odważył mi się o tym powiedzieć, a ja to uszanowałam, nie widziałam nawet innej opcji, żadnej. Jeżeli jest tak jak zapewniał, to ja mu wierzę.
Czekałam na Niego, bo obiecał jeszcze dziś wpaść. O dziwo nie byłam zmęczona ani trochę, choć cały dzień byłam na nogach.
Po dwóch godzinach wrócił.
-Dobry.. -otworzył usta wypuszczając z siebie piękne dźwięki.
-A dobry -odpowiedziałam z chrypką w głosie.
-Wracasz dziś do domu? -zapytał i czekał zniecierpliwiony na odpowiedź.
-Widzę, że nie chcę Ci się tu już przychodzić. Rozumiem, to problem. -dawno nie widziałam, żeby się uśmiechał swoim nieskazitelnym uśmiechem, to było jak miód na moje serce.
-Otóż to, a więc kiedy wychodzisz?
-Sama nie wiem, może już jutro, może po jutrze, nie wiem, to nie zależy ściśle ode mnie, przynajmniej nie do końca. -uśmiechnęłam się łapiąc go za rękę. Nagle w Jego kieszeni zaczął wibrować telefon. Skinęłam głową w odpowiedzi na Jego pytającą minę.
-Tak Liam? -wyszedł za drzwi. -P..proszę? -moje serce natychmiastowo stanęło. Po chwili, z opuszczoną głową wszedł z powrotem do sali.
-Harry? Co się stało? -podniosłam się z miejsca.
-Ja.. Boże.. -zaśmiał się gorzko. -To moja wina. Wiozą tu Louis'a.

***
przepraszam. wiem, że kolejny rozdział miał być szybciej, a ja znów zwlekałam.. tym razem prawie o miesiąc czasu, ale mam zastój, jakkolwiek to brzmi. proszę, szczerze, dowalcie mi, wiem, że spadam na psy.
(jeżeli ktoś chce być informowany o nowym rozdziale: 25639621)

piątek, 20 lipca 2012

Rozdział 13


*Harry*
Zdałem sobie sprawę, że ratując Ronnie życie, wyznałem Jej tym dozgonną miłość. Wiedziałem, że Louis jest dla mnie kimś ważnym, jednym z ważniejszych, ale wiedziałem, że bez dziewczyny mój świat nie będzie istniał, ja nie będę istniał i bez Niej nigdy nie będę mógł być szczęśliwy. Nie wiem czy to egoistyczne, ale mam wrażenie, że z Lou to nie będzie to samo, to rzut na głęboką wodę, nie wiadomo czy wyjdzie, jeżeli zechcielibyśmy pokochać się w owy sposób. Jedynie co teraz może mnie zabić to jego odwrócenie się ode mnie, przez wybór, którego już dokonałem. Nie chcę tego, obawiam się, nie wiem jak mu to wytłumaczę, nie wiem jak zareaguje, boję się, choć pewność, że postąpiłem dobrze uspokajała mnie. Mimo to, że czekały mnie dwie głębokie rozmowy, bo Ron również należy się wyjaśnienie, nie byłem mocno sparaliżowany. Pewność, że Ronnie mam już przy sobie sprawia, że mogę latać. 

'Stary, musimy pogadać. Serio Loueh, oddzwoń do mnie wreszcie, bo się pogniewamy. H.'


*Ronnie*
Sama nie wiem kiedy stał się dla mnie tak ważną osobą, nie wiem kiedy to wszystko tak szybko się rozwinęło, ale przecież kiedyś marzyłam o miłości, która zjawi się i zacznie być. Ujmie moje dłonie i poprowadzi dalej. I tak się stało. Poznałam Harrego i wszystko się zmieniło i rzeczywiście rozwinęło się w tak krótkim czasie, ale nie żałuje niczego, każdej chwili, nawet tej gdzie byłam na skraju wytrzymania, gdzie brak Jego doprowadzał mnie na krawędź, bo to tym bardziej utwierdziło mnie jak bardzo jest dla mnie ważny, jakim ogromnym uczuciem darzę tego chłopaka. Pamiętam chwile, kiedy przeklinałam przeprowadzkę do Londynu, kiedy przeklinałam, że ktoś taki jak On mieszka nie opodal. Dziś pluję sobie w brodę za te słowa, dziś nie wyobrażam sobie dnia bez Jego uśmiechu, dnia bez jego ciepła, bez Jego słów i bez bezpieczeństwa jaką mnie otula. I choć dziś nadal czuję się jak wrak to wydaje mi się, że kompletnie po mnie tego nie widać, bo fakt, że wiem, że On jest, że przyjdzie, że będzie, sprawia, że mogę latać.


*Lou*
-Słucham Cię, Harry.. -drżącym głosem powiedziałam po tym jak odebrał.
-No wreszcie.. zaczynałem się bać Lou. Spotkamy się dziś? -na te słowa dreszcze przeszły po moim ciele, nie miałem pojęcia co odpowiedzieć, nie wiem czy chciałem usłyszeć jakieś tłumaczenie się, przeprosiny czy cokolwiek innego, nie wiem. -Halo? Lou? -zdążyłem zapomnieć, że rozmawiam z przyjacielem.
-Jestem. Spotkajmy. -oznajmiłem krucho, nie potrafiąc cieszyć się ze spotkania z Nim jak wcześniej. Kiedyś było inaczej.
-O piętnastej Ci pasuje?
-Yep -przytaknąłem. Ostatnimi czasy nic nie robiłem, użalając się nad swoją egzystencją dniami i nocami. Wszyscy byli zajęci sobą i swoimi miłościami, dlatego ja poszedłem w odstawkę. Dwadzieścia cztery godziny na dobę tylko ze sobą i czterema ścianami nie wróżyło nic dobrego. Czułem się samotny, bezradny i odrzucony. Nikt mnie nie chciał, dla wszystkich byłem zbędny. Od zawsze było tak, że mimo wszystko byłem trochę na uboczu, ale wcześniej nie dało się tego tak odczuć, bo przynajmniej miałem Harrego. Teraz zabrakło i Jego. Wiele myśli przechodziło przez moją głowę. Nadal nie wiedziałem co robić, jak się zachowywać, którą stronę w mojej głowie poprzeć. Strach mnie obleciał.
-To do zobaczenia Lou, przyjadę do Ciebie, to znaczy do Nas.. -właśnie, do Nas. Chyba zapomniał już, że to również jego dom, bo jeżeli się w nim znajduje to tylko, aby się przespać. Rozłączyłem się i rzuciłem telefonem o sofę. Czułem się tragicznie, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Nie dawałem sobie rady z myślami, a przed dodatkowym koszmarem - rozmową, poważną rozmową jak mniemam, jeszcze cały dzień. Nikt nie widział złego postępowania Harrego, nikogo to już nie obchodziło. Kiedyś byliśmy wszyscy mocno razem zżyci i to nie tak, że dziewczyny chłopaków czy inne przyczyny rozwalają Naszą więź, a my, którzy nie potrafimy zająć się i miłością do ukochanych i miłością do siebie nawzajem i nie potrafimy znaleźć dla siebie czasu, choć i tak spędzamy go mnóstwo, ale.. tak, kiedyś było inaczej. Samotność sprowadza mnie w najczarniejsze zakamarki moich myśli. Zdaje sobie sprawę, że ze mną również jest źle i również dzięki mnie się wszystko wykrusza, ale to jest silniejsze ode mnie. Zamykam się, nie potrafię być takim wesołkiem za jakiego wszyscy mnie biorą. Tak, owszem, byłem, ale dużo się zmieniło, ja się zmieniłem, moje wnętrze się zmieniło, zasmuciło się, teraz już nie patrze przed siebie przez różowe okulary. Widzę koniec. Każdy koniec w tej chwili jest jakby na wyciągnięcie ręki.


*Harry*
Byłem poddenerwowany tym, że muszę wyjaśnić wszystko co we mnie siedzi Ronnie, nie byłem pewien jak zareaguje. Strach, że może ją to zranić był paraliżujący. Mimo wszystko miałem nadzieję, że zrozumie. Miałem nadzieję, że akurat za to na mnie nie nakrzyczy. Może za to, że mnie przy Niej nie było, że może zrobiłem wiele złego, moje zachowania na początku naszej znajomości, ale nie zniósł bym, gdyby nie zaakceptowała tego z czym się borykałem, a może nadal borykam, gdyby tego nie zrozumiała. W głowie karałem się za same takie myśli, bo przecież Ronnie to chodzący anioł. Nawet, gdyby ją to zraniło, zniesmaczyło czy cokolwiek innego, nigdy by mi tego nie powiedziała, bo uznałaby, że nie chcę mnie tym samym zranić. Czułem się bezsilnie, ale cel był już wyznaczony. Chciałem mieć już to za sobą. Chciałem znów móc się Nią opiekować i spędzać z Nią każdą chwile o czystym sumieniu. Swoją drogą dziś po napisaniu sms'a do Louisa, zaraz po tym zadzwonił do mnie Simon i powiedział, że na moim związku wszyscy tracą. Zbił mnie tym z pantałyku. Nie wierzyłem, że coś takiego mógł powiedzieć. To było jednoznaczne - miałem z tym skończyć, co wyśmiałem i rozłączyłem się. Choć byłem pewny, zmieszał mnie. Zdałem sobie sprawę, że rzeczywiście, jeżeli chodzi o chłopaków ostatnio trochę się rozproszyliśmy, ale to było do naprawienia. Mieliśmy teraz czas wolny, ale każdy był czymś zajęty. Po telefonie Simona, komórka znów zaczęła wibrować.
-Mamo! Cieszę się, że Cię słyszę! -naprawdę byłem szczęśliwy, przez ostatnie zamieszanie, nawet ją mocno zaniedbywałem.
-Witaj, Synku, dzwonie dowiedzieć się co u Ciebie.. Wybacz, ale dawno nie dawałeś znaku życia, a ja martwię się nie tylko o Ciebie, ale i o Twoją sympatię. -jej słowa były takie delikatne. Czułem się źle, że to Ona musiała do mnie zadzwonić i traktować mnie takimi słowami.
-Mamo, ja, a raczej My już ostatnio mieliśmy być u Ciebie, ale Ronnie źle się poczuła, naprawdę źle. Teraz już jest po wszystkim. Dziękuje, że wspomogłaś mnie tą wcześniejszą krótką rozmową i choć była bardzo treściwa to pomogła mi, bardzo. Tęsknie za Tobą.
-Ja również za Tobą tęsknie i nie tylko ja Harreh. -tak, wiem dokładnie co miała na myśli. -Wiem, że Ronnie jest dla Ciebie najważniejsza, uwierz, że ja naprawdę to rozumiem, tylko pamiętaj, że prócz Niej masz też innych znajomych, którzy Ciebie kochają i jesteś dla Nich ważny. Pamiętasz jak na początku Waszej kariery siedzieliście u Nas i poznawaliście się wzajemnie? Wiem, że nadal jesteście jedną rodzina, ale właśnie o rodzinę trzeba dbać, nie pozwólcie, aby coś Was odsunęło ode siebie, tym bardziej nie pozwólcie, abyście to Wy byli tymi powodami. -rozumiałem każde jej słowo, każde słowo miało wartość, każde zdanie było prawdziwe. Zmartwiłem się tym, bo zdałem sobie z tego poważnie sprawę, ale za późno jeszcze nie jest. Po rozmowie z Lou obdzwonię wszystkich chłopaków i spotkamy się u Nas. dokładnie u Nas.
-Dziękuje mamo, nawet nie wiesz jak mi pomagasz. Już wiem co robić, także się nie martw i nie długo przyjdziemy w odwiedziny -powiedziałem mając nadzieję, że Ronnie niedługo będzie na siłach i wreszcie pozna moją mamę.
-Nie zapomnij o Lou. -wiem, wiem i to bardzo dobrze wiem.
-Wiem, mamo, naprawdę.
-Mam nadzieję. Nie przeszkadzam Cię zatem, trzymaj się słońce i pozdrów wszystkich! -odłożyła słuchawkę, więc nawet nie zdążyłem nic powiedzieć. Nie wiem czy była zdenerwowana czy przejęta, ale wiem, że muszę wszystko naprawić, bo jest jeszcze czas.

godzinę później.. 

Wchodząc do sali zobaczyłem ją śniącą. Jak zwykle wyglądała tak delikatnie, tak subtelnie, ale jej twarz wyglądała na dużo bardziej szczęśliwszą iż ostatnim razem. Przebudziła się, choć starałem się Jej nie obudzić - nie nowość, bo uwielbiam patrzeć jak śpi.
-Jesteś.. -powiedziała tonem, jakby wiedziała, że przyjdę i sprawiło jej to ogromną radość. Jakbym spełnił jej marzenie.
-Jestem, oczywiście, że jestem. -serce mi wariowało. Wiedziałam, że zaraz może wszystko ulec zmianie, ale wierzyłem, że Ona zrozumie. -Ronnie? Musimy porozmawiać. W sumie to będzie póki co mój monolog, muszę Ci coś powiedzieć. -podniosła się trochę ku górze, a ja poprawiłem jej szybko poduszkę, aby było jej wygodnie.
-Słucham Cię Harreh..

-..także.. to wszystko co chciałbym Ci powiedzieć. Ja.. ja naprawdę go lubię, bardzo, do czasu nie wiedziałem co to jest, ale teraz wiem. Wiem, że Ciebie kocham, rozumiesz? Nic i nikt tego nie podważy, ale słuchaj.. ja zrozumiem. Zraniłem Cię, zrobiłem dużo złego, okłamałem. -serce mi się kroiło kiedy patrzyła na mnie kryształowymi oczami, w których zbierały się słone krople. Wstałem odruchowo, pociągnąłem za sobą kurtkę i zacząłem cofać się ku wyjściu. Za bardzo ją zraniłem. Nie wybaczy mi, a nawet jeżeli tak powie, to w środku na pewno tak nie będzie. Nikt o zdrowych zmysłach by tego nie wybaczył.
-Czyli chcesz mnie znów zranić? Zostawić, tak? -łamiącym się głosem rzuciła szybko w moją stronę.

***
znów długo mnie nie było. przepraszam. mam nadzieję, że wszystko jest zrozumiałe, jedyne co chcę wyjaśnić to w części, gdzie Harry opowiada Ronnie co czuję - to było zawarte już we wcześniejszych rozdziałach, w myślach Harrego. 
i jeszcze jedno: wychodzimy tu.
(kolejny rozdział będzie szybciej, zapraszam)

czwartek, 12 lipca 2012

Rozdział 12


*Harry*
Udając się do szpitala na kontrole i oddanie szpiku Ronnie, w głowie ciągle myślałem jak pokażę się jej na oczy. Nie było mnie przy Niej tyle czasu, że aż wstyd było teraz przyjść, po prostu. Nie wiedziałem co jej powiem, jak jej się wytłumaczę, dlaczego mnie przy nie nie było. Nie zniosę patrzeć na jej cierpiącą twarz i usłyszeć zapewne jej słowa, które powie byleby tylko mnie ukoić i ulżyć moim wyrzutom sumienia. Była dla mnie od zawsze zdecydowanie za dobra. Nie wiem jak powiem jej o tym co czuję, a jestem winien jej jakiekolwiek wytłumaczenie i jeżeli ją szanuje, a szanuję ją najbardziej na świecie muszę z Nią porozmawiać. Tylko jak? Jak mam jej powiedzieć, że mieszam się w uczuciach, jak mam powiedzieć, że kocham ją równie mocno jak kolegę z zespołu? Zranię ją potwornie w jeden i drugi sposób, ale wiem, że Ona zasługuje na całkowitą prawdę. Sam do końca nie wiem czym jest moje uczucie do Louisa. Jest dla mnie ważny, jest ze mną do początku, ale nigdy Nasz kontakt nie był fizyczny, nigdy mnie do Niego nie ciągnęło pod takim względem. Tak, z mojej strony na pewno był to związek platoniczny. Więc dlaczego mam takie potężne uczucie, że zostawiając jedną osobę dla drugiej, ranie ją i nie potrafię się bez Niej obyć? W tej chwili życie bez Ronnie, choćby jeden dzień bez Niej to istne katusze, sam nie wiem jakim cudem jeszcze żyję, ale z drugiej strony to jak potraktowałem Lou rani mnie doszczętnie również. Jest dla mnie jak brat, jak kawałek serca, cześć mnie bez której również nie mogę prawidłowo funkcjonować. I to uczucie zdrady.. zdecydowanie to jest najgorsze. Nie mogę wybierać pomiędzy jedną osobą a druga, ale oczywiste jest też, że nie mogę żadnego zostawić. W mojej głowie panował koszmarny chaos. Nie miałem nikogo by o tym porozmawiać. Nikt z resztą nie byłby w stanie pomóc mi w tej sytuacji, nikt nie wie co czuje i nikt za mnie emocji do tych ludzi ulżyć nie zdoła. Im bliżej szpitala byłem tym trudniej było mi się skupić, a ręce zaczęły trząść się jak nigdy wcześniej. Jeszcze więcej myśli na sekundę. Miałem ochotę schować się przed tym, uciec, przeczekać, aż samo się wyjaśni, ale to niemożliwe. Muszę stanąć oko w oko z problemem, który de facto siedzi tylko i wyłącznie we mnie. Najgorsze było to, że nie wiedziałem jak to pogodzić, bo co trudnego jest w tym by uwielbiać dwie osoby na raz. Teraz zależało to tylko ode mnie jak to sprecyzuje, jak to sobie poukładam, kto jest moim priorytetem. Usłyszałem dźwięk nadchodzącego sms'a. Złapałem szybko za telefon, a z ekranu odczytałem imię: Loui. Panicznie bałem się odczytać tę wiadomość, a fakt, że aktualnie prowadziłem zmusił mnie do odrzucenia komórki na bok. Nie miałem pojęcia co mogę przeczytać, wolałem nie ryzykować. Loueh strasznie potępiał mój pomysł z oddaniem siebie Ronnie, ale ja wiedziałem, że chcę i nie ma w tym nic złego, ale On tego nie rozumiał. Z trudem wyjaśniałem mu to już dużo wcześniej, ale On jakby nie zważał na moje słowa i uparł się przy swoim. To raniło mnie jeszcze bardziej, bo jego zdanie było dla mnie bardzo ważne, dlatego też długo zwlekałem z decyzją, ale teraz jestem pewny, tym bardziej, że naprawdę nie ma dużo czasu i każda zwłoka jest dla Niej udręką. Wjechałem na parking już pewniejszy siebie. Teraz, w tej chwili liczyło się tylko Jej zdrowie, zdecydowałem, że to póki co jest najważniejsze, później zajmę się sprawami sercowymi. Nie ja i moje dzikie problemy były teraz istotne. Wchodząc do szpitala zdrętwiałem, ale nie zatrzymałem się. Udając się do pokoju lekarza myślałem nad tym czy dam radę wpaść dziś do Ronnie, nie wiedziałem czy jestem gotów, nie wiedziałem co mam jej powiedzieć.

puk, puk
-Proszę!
-Witam Panie doktorze.

*Lou* 
'wiadomość została wysłana'
Nie wiedziałem czy te przeprosiny i wsparcie, krótko zawarte w kilku słowach oddadzą to co chciałabym przekazać. Wiem, że gdybym zadzwonił, jak głupi popłakałbym mu się w słuchawkę, albo wręcz przeciwnie - udał dupka, który ma go ewidentnie w czterech literach. Tak, najkorzystniejszym wyborem było właśnie krótkie wyjaśnienie. Jeżeli naprawdę go kocham mogę pozwolić mu na wiele, pozwolić oczywiście w mojej głowie, bo i tak moich słów nie brał pod uwagę w praktyce. Szczerze było mi bardzo głupio za moje myśli, za to, że tak dziko zazdrosny byłem o Jego ukochaną osobę. Zdałem sobie sprawę, że mógłbym być na tym samym miejscu. przecież kiedyś była w moim sercu dziewczyna. Zawładnęła Ona moim całym światem, sam zachowywałem się wtedy jak kretyn, ale to Harry wyciągnął mnie z tego zauroczenia. Eleanor wykorzystała mnie podle. Długo tego nie widziałem. Byłem ślepy, a miałem wrażenie, że skoro każda z dziewczyn może być moja to zauważę, jeżeli jakaś będzie się do mnie przystawiać tylko i wyłącznie z powodu mojej sławy. Okazało się to jednak trudniejsze niż przypuszczałem. Po tym całym wydarzeniu zbliżyłem się do Harrego. Wziął mnie pod swoje skrzydła i choć teoretycznie jestem najstarszy, wtedy byłem mały, kruchy i złamany. On nadał znów barwę mojemu życiu i to właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że jest dla mnie kimś więcej niż przyjacielem. Miałem wrażenie, że On o tym wie i widziałem, że mnie także lubi w specyficzny sposób, ale plotki krążące w ogół niego - jakim to On jest kobieciarzem zaczęły na mnie działać i nie potrafiłem przyznać mu się do moich uczuć. Póki miałem go dla siebie wszystko było wporządku. Do czasu.


dwa dni później.. 


*Ronnie*
To już dziś. Dziś będzie zabieg. Od dziś ma być lepiej. Tak mówią. Czy będzie? Czy może być lepiej cokolwiek bez Niego? Zaczynam przyzwyczajać się do samotności, samotności w duszy, bo tam było najbardziej pusto. Mam wrażenie jakby On odszedł i nigdy więcej nie miała możliwości zobaczenia go. Każdego dnia było trudno, każdej nocy jeszcze trudniej. Wczoraj na chwile przyszedł wewnętrzny spokój, gdy przyszedł do mnie Sam. Odwiedził mnie po tym, jak dowiedział się od mojej mamy w jakim to opłakanym stanie znajduję się w szpitalu. Miałam wrażenie, że uspokoił się po przyjściu do mnie, gdyż zapewne mama zawaliła go górą nieznajomych znaczeń medycznych, które na samą dźwięczność wydają się być na równi ze śmiercią. Spędziłam z Nim miłe chwile, przyniósł mi książki, za które podziękowałam, choć nie wiedziałam czy będę miała choćby siłę by czytać. Opowiedział mi co u Niego, co u znajomych, że wszyscy się martwią i choć ta wiadomość powinna podnieść mnie na duchu, to zdecydowanie było mi jeszcze gorzej. Martwili się o mnie - całkowicie niepotrzebnie, nie powinni zaprzątać sobie mną głowy, nikt nie powinien.
-Ronnie? -pielęgniarka delikatnie włożyła głowę w szparę uchylonych drzwi. -Już czas.. -uśmiechnęła się.
O własnych siłach wstałam z łóżka zakładając szlafrok. Podjechał wózek. Bez zbędnych kłótni, bo wolałam przemieszczać się o własnych nogach, usiadłam i zamilkłam. Czy wszystko pójdzie dobrze? Czy ma to dla mnie jakieś znaczenie? 

kilka godzin później..


Przebudzałam się powoli, czułam jak wszystko ze mnie schodzi, a ja wracam do życia. Długo jeszcze nie potrafiłam się ocknąć, ale fakt.. dawno nie byłam tak umęczona. Moja dłoń była opatulona ciepłymi rękami jakiejś osoby. Zapewne mama, zawsze była przy mnie.. gdy nie było Harrego. Kciukiem, nie otwierając oczu pogładziłam dłoń tej osoby - nie była to mama, jej dłonie znałam na pamięć, problem w tym, że te dłonie również były mi bezsprzecznie znane. Bałam się spojrzeć. Jeżeli to miałby być On, moje serce nie wytrzymało by z radości, że jest, że jest przy mnie teraz, teraz kiedy go potrzebuje, bo niczym byłoby zdrowie bez ukochanej miłości. Prawdopodobnie zaczęłam dygotać, skoro owe dłonie ścisnęły mnie mocniej, jak gdyby chciały mnie uspokoić. Tak, to był On. Uchyliłam oczy kierując wzrok od razu na osobę siedzącą przy łóżku.
-Ronnie.. -słodki Jezu.. ile czekałam by znów usłyszeć ten piękny i subtelny głos przenikający głęboko moją duszę.
-Nie mów nic, proszę.. -nie chciałam by zaczął się tłumaczyć, nie teraz. Z tej chwili chciałam czerpać jak najwięcej pozytywnej energii, nie smutku, który i tak już od dawna wisiał w powietrzu, poza tym byłam za słaba by rozmawiać, a to, że był przy mnie otumaniało mnie dodatkowo. Silnie próbowałam pozostać przy świadomości, jako że powieki same opadały. Próbując jeszcze cokolwiek uchwycić z tego co działo się dookoła, zobaczyłam Harrego nachylającego się nade mną ze łzami w oczach.
-Przepraszam.. -wyszeptał. -Kocham Cię tak, że to aż boli. -nie mogłam nie pozwolić sobie na lekki uśmiech, choć moje oczy automatycznie stały się nagle całkowicie mokre. Te słowa sprawiały, że w tej samej sekundzie czułam się jak w niebie. Dzięki Niemu czułam się o wiele lepiej, samo to, że był. Gnębiła mnie tylko myśl co z Nim. Tak strasznie chciałam z Nim porozmawiać, ale to nie miejsce i czas. Dopiero przyszedł, dopiero go znów zobaczyłam, nie chciałam męczyć ani Jego ani siebie. Ważne, że był. Czy mogło być coś lepszego?

*Harry* 
Permanentnie wpatrywałem się w Jej smutną twarz i choć uśmiechnęła się raz w moją stronę, słabość która ją otaczała wylewała się wszędy. Siedziałem tu obok Niej, nie wiem jakim prawem, bez wytłumaczenia i.. Ona kochająca mnie tak strasznie do utraty tchu i ja - nie zasługujący na Nią i na uczucie, którym w każdej sekundzie jej życia mnie obdarzała. Dlatego tak bardzo się bałem tu przy Nie być, tak bardzo mnie to bolało. Wydawało mi się, że oszukuję ją, ale musiałem, musiałem być tu zanim się nie przebudzi. Żałowałbym, gdyby mnie przy Niej nie było, choć równie mocno żałuję, że jestem tu teraz, ale świadomość, że Ona tu na mnie oczekuje robiła ze mnie szaleńca.
Chyba podjąłem decyzję. 


***
przepraszam za długą zwłokę, ale nie miałam siły, wybaczcie. pamiętajcie, że dopóki będziecie Wy - ja będę, także dziękuje, że każde słowo komentarza.
(jeżeli ktoś chce być informowany o nowym rozdziale: 25639621)

piątek, 6 lipca 2012

Rozdział 11


*Harry*
Jestem tchórzem, zwykłym egoistą. Siedzę teraz tu, któryś już dzień, w swoim pokoju, jak menel, z opuszczoną głową, w śmierdzących rzeczach, niezadbany, nie wiedząc co robić, a przecież powinienem być przy osobie, którą kocham. Brzydzę się sobą. Brzydzę się również prawdą, którą powinienem powiedzieć Ronnie, ale.. nie potrafię, jeszcze nie teraz. Teraz muszę zadbać o Nią..

*Ronnie*
Minęło już kilka dni. Cierpię, ale cierpienie i tak nie zabija mnie bardziej niż tęsknota. To właśnie ona w tej chwili wyniszcza mnie, każdą moją komórkę ciała. Harrego jak nie było.. tak nie ma i nie zapowiada się na rychłe odwiedziny. Jestem ciągle sama, nawet jak ktoś jest, nie potrafię skupić się na czyichkolwiek słowach, wszystko bez Niego jest puste, pozbawione wszelkiego sensu. Co zrobiłam nie tak, że odszedł? Czy ja już na prawdę do końca zostałam sama? Niczym dla mnie jest życie bez Niego i choć miałam przy sobie rodzinę, to brakowało mi jeszcze jednego jej członka, tak, właśnie Jego. Przesypiałam tyle czasu ile tylko mogłam i w dalszym ciągu tylko w snach widziałam jego twarz, tylko podczas snów stawałam się silna i wszystko było takie prawdziwe, jak wcześniej. Budząc się, za każdym razem biła mnie rzeczywistość, którą tak strasznie chciałam zwalczyć. Moja mama chyba zaczęła się o mnie bać. Widzi jak się zachowuje i już nawet raz pytała o Harrego, ale zrezygnowała z mojej odpowiedzi, gdy ujrzała w moich oczach płacz i strach. Od tamtej pory nikt nie wymówił Jego imienia. Nikt nie zdawał sobie sprawy co przeżywam.
Harry? Jesteś tu? Dlaczego Cię nie widzę? Proszę Cię trwaj wiecznie, nie odchodź, nawet na chwile. Jesteś mi potrzebny do funkcjonowania, bez Ciebie już nie wytrzymuje. Przepraszam Cię, jeżeli Cię zraniłam, dotknęłam jakimś słowem, wiesz, że nie zrobiłam tego specjalnie. Uwierz, że jestem w stanie zrobić dla Ciebie wszystko, rozumiesz? Już nie daje..
-Ronnie, czas na pobranie krwi. -monotonnia powróciła, nie miałam siły się przebudzić. Dziś pierwszy raz Go nie było. Czułam, że do kogoś mówię, ale nie widziałam dosłownie nic. Było zimno i ciemno, nie wiedziałam co się dzieje. Błagałam by wrócił. Na prawdę potrzebuje Jego tutaj i teraz. Chce złagodzić swój i Jego ból. Nie wierzę, że nie było mu równie trudno jak mi.
-Podnieś się kochana -druga siostra próbowała mnie podsadzić bym oprzytomniała. Po co mnie budzą? Nie widzą, że potrzebuje snu? Nie chce istnieć, nie chce istnieć bez gruntu pod nogami. -Posłuchaj mnie, musisz sie przebudzić, mam dla Ciebie wspaniała wiadomość. -automatycznie drgnęłam zrywając się ku górze.
-Jest tu? Przyszedł? -błagałam o potwierdzającą odpowiedź.
-O kogo Ci chodzi Ronnie? -znów osłabłam, adrenalina w jednej chwili opadła do zera. -Posłuchaj mnie w każdym razie: Twoja mama kazała Ci przekazać, że jest dawca, anonimowy, ale wszystko się zgadza, rozumiesz?
-To miłe.. -nie potrafiłam się nawet cieszyć, bo powtarzam: Czym jest życie bez ukochanej osoby?
-Nie cieszysz się? Nie wyglądasz na zadowoloną? -jak mam być zadowolona, nic nie wiesz.. Boże.
-Oczywiście, że cieszę, ale jestem strasznie zmęczona. -próbowałam tymi słowami wygonić ją z sali, aby wzięła przykład ze swojej podopiecznej.
-A więc już nie przeszkadzam. Potem lekarz przyjdzie, to Ci powie co i jak.
-Dziękuje. -po usłyszeniu tego słowa wyszła zamknąwszy za sobą drzwi.


*Lou*
Myślałem, że jestem w stanie coś wskórać, myślałem, że to co chce zrobić, że chce Go uchronić będzie dobre. Teraz.. teraz już nie wiem nic. Chce jego szczęścia. To chyba jedynie do mnie przemawia.
-Dzień dobry Anne.. -wypowiedziałem, gdy rodzicielka Harrego otworzyła drzwi do mieszkania. 
-Loueh! Witaj, co Ty tu robisz? Jest z Tobą Harry? -jak zwykle z wielkim uśmiechem na twarzy przywitała mnie juz od pierwszej sekundy, zawalając mnie toną pytań.
-Może porozmawiamy w środku? -moj entuzjazm był znikomy, ale uśmiech, który posłałem w jej stronę wydawał się szczery. 
-Chcesz herbatę? Tą co zwykle? -byłem stałym gościem.. kiedyś. Teraz zjawiałem się tu bardzo rzadko. 
Kiedyś było inaczej. Harry był inny, dla mnie inny. Odkąd pojawiła się Ronnie, On całkowicie stracił głowę. Zmienił się, widocznie, ale nikomu chyba to nie przeszkadza. Oczywiście prócz mnie. Moje uczucia do Harrego? Sam nie mam zielnego pojęcia. Był dla mnie jak brat, jak miłość, jak przyjaciel. Dzięki Niemu czułem się lepiej. Dopełniał mnie. A wszystko to co było między Nami w jednej chwili się zapadło. Zakochał się.. w dziewczynie. Co zdziwiło mnie podwójnie, bo związek łączący Naszą dwójkę nie był tylko ściśle platoniczny. 
-Lou? -zapytała podejrzliwie patrząc się w moją stronę.
-Tak, tak, oczywiście, dziękuje. -odpowiedziałem chaotycznie. Zapatrzyłem się w zdjęcie małego Harrego. Jego zdjęcia były wszędzie. 
-Opowiadaj co tam u Was? U chłopaków? Harrego swoją drogą też dawno tu nie było. -ostatnie zdanie wypowiedziała z lekką goryczą w głosie. Musiałem zadbać o to by i mój głos się nie łamał. 
-U Nas.. u Nas po staremu. Kroczymy do przodu. Chłopcy spędzają teraz wole dni w Wielkiej Brytanii, tylko Zayn, sam gdzies uciekł, pisał, że mamy się nie martwić i tak też jest. Wiesz Anne.. On już taki jest. -uśmiechnąłem się do Niej, przyglądając się każdym ruchom, gdyż Harrego sposób funkcjonowania był bardzo podobny. -U reszty prawie wszystko dobrze.. -specjalnie nie dokończyłem swojej myśli z nadzieją, że Pani domu chwyci haczyk. 
-Prawie? -zapytała. Udało się. 
-Chodzi o Harrego.. -zacząłem mówić, błądząc wzrokiem po je twarzy. 
-No mów wreszcie Louis -była już lekko poddenerwowana. Rzadko kiedy mówiła do mnie Louis.
Miałem jej powiedzieć prosto w twarz, że zależy mi na jej dziecku? Uzna mnie za wariata, mającego 21 lat, który przyczepił się jej syna. Chociaż nie.. Ona zawsze wspierała Naszą przyjaźń. Byłem jak jej drugi syn, co było dla mnie radością, gdyż z własną matką kontaktów nie utrzymywałem. Ale do sedna. 
-Martwię się o Harrego. Chodzi o Ronnie. -jej imię w moim głosie zadrżało. Ona podeszła do stołu, przy którym siedziałem i położyła dwa kupki gorącego napoju. Spokojnie spoczęła na miejscu obok mnie. 
-Ronnie.. właśnie. Harry miał mi ją kiedyś przedstawić. Kompletnie nic o Niej nie wiem. -rozweseliła się. Poczułem się tak podle, jakby dała mi teraz prosto w twarz. Z trudem ciągnąłem swoją wypowiedź. 
-Wiem, że może nie powinienem -wstałem, nie potrafiłem usiedzieć w miejscu. -Ale ja się na to nie godzę. Ronnie jest chora. Poważnie. -jej oczy nagle zrobiły się tak wielkie i tak szklane, jak Harrego na co dzień. -Ona potrzebuje przeszczepu, a On już się na to zgodził. Wszystko się zgadza, chce jej to dać. -moment, przynajmniej w mojej głowie, stał się dramatyczny. Nie wiedziałem jak Ona na to zareaguje. 
-Ja o niczym nie wiedziałam.. Mam tylko nadzieję, że Ona, że Ona nie żegna się z życiem? -mogłem się domyślać, że najpierw zwróci uwagę na to. -Lou? Ty chyba nie myślisz, że ja zabronię Harremu to zrobić? -ciszą odpowiedziałem na jej pytanie. -Louis.. kochany. Zależy Ci na Nim, wiem, mi również, ale.. ja wiem, że On ją kocha. Choć rozmawiał ze mną o Niej jeden jedyny raz, tylko przez telefon, czułam, że On na prawdę się w Niej zakochał i wiem, że nie mogę ingerować w jego postępowanie, jest już dorosły. Tym bardziej zważ, że tu chodzi o jego ukochaną osobę.. -ukochaną osobę? Więc kim ja byłem w tej chwili dla Niego? Śmieciem? Byłem tylko wtedy kiedy On chciał, a teraz? Teraz mnie nie chce, więc jestem pomiatany. -Louis! Opamiętaj się dzieciaku. Choć masz już swoje lata nadal jesteś niedojrzały. -jednym zdaniem sprowadziła mnie do parteru. -Jeżeli go kochasz.. -przełknąłem głośno ślinę, serce mi stanęło. -To powinieneś zrozumieć. Nic innego w stanie Ci powiedzieć nie mogę. Niestety w Twoim przekonaniu Cię nie wesprę. -poczułem się strasznie. Z tej zaślepionej miłości do Harrego po drodze straciłem swoje całe człowieczeństwo. Co nie znaczy, że nadal nie chciałbym, aby ten zrezygnował, ale.. może rzeczywiście On tego pragnie. On ją.. kocha. serce łamało mi się na kawałki. Wielki misz masz w głowie zaczął przeradzać się w pulsujący ból. Usiadłem na krześlnie wspierając się dłońmi. Nie wiedziałem co myśleć. 
Ból nadal ściska mi żołądek i promieniuje na całe ciało. Za bardzo kocham. Za bardzo dałem się ponieść emocji. Impulsywność w tym wypadku zrobiła ze mnie wielkiego egoistę. Zdałem sobie jednak sprawę, że nic nie mogę poradzić, a w gruncie rzeczy Harremu nic nie grozi. Czuję się parszywie. 

*Harry*
Moja seksualność? Trudno określić. To jedyny temat, o którym nigdy w życiu z nikim nie rozmawiałem. Z Ronnie tym bardziej. Ściśle dotyczył właśnie jej i.. Louisa. Właśnie jego. Przed spotkaniem Jej był On. To On dawał mi radość z każdej chwili, to On był zawsze przy mnie. Sami do końca nie wiedzieliśmy co z Nami jest, dlatego wszystko było zazwyczaj pięknie spontaniczne, a ja starałem się nie przyzwyczajać. Ale przyszedł czas kiedy moje szczęście przybrało imię - Ronnie. Wtedy Louis zszedł na drugi plan. Zraniłem go? Tak czuję, co robi ze mnie znów dupka. Dlatego też boję się z Nim spotykać. Mieć z Nim styczność to wspomnienia, to napięcie w klatce piersiowej, która ciągle przybiera na sile i choć kocham dziewczynę całym moim.. jak widać niezbyt dobrym sercem, ciągle coś czuje do Louisa. Wmawiam sobie, że to tylko przywiązanie, bo co innego? Zawsze przywiązywałem się do wszystkiego z ogromną mocą, a więc i tak stało się teraz, bo przecież jak można kochać, do jasnej cholery, dwie osoby na raz?




po raz tysięczny.. milionowy dziękuje, że chcecie czytać. 

poniedziałek, 2 lipca 2012

Rozdział 10



*Harry*
W momencie kiedy poczułem, że Ronnie usnęła, lekko przesuwając ją w bok, szybko i jednocześnie cicho zszedłem z łóżka udając się do łazienki. Wziąłem bardzo krótki prysznic na oczyszczenie siebie z natłoku myśli w głowie. Ciągle miałem przed oczami przepełnione rozkoszą oczy dziewczyny i usta, które tak subtelnie dopieszczały każdą sekundę. To było coś niesamowitego. Ona jest niesamowita. Jej ciepło, jej delikatność i kobiecość dodawała kunsztu każdemu dotykowi, każdemu pocałunkowi. Słowa nie wyrażały uczuć pałających we mnie, gdy patrzyłem na Nią widząc ja taką czystą, taką bezbronną. Jej ciało było odzwierciedleniem duszy. Wszystko było idealne. Jej gracja z jaką się rusza, z jaką jej cudownie pełne usta wymawiały moje imię, jej wdzięk.. to wszystko działało na mnie zaślepiająco. Nie ma takich słów by opisać to co zdarzyło się kilka chwil temu. Nie wiem nawet kiedy stałem się takim facetem jakim teraz jestem, zmieniłem się, nigdy tak o nic nie dbałem , ale przy jej filigrancji trudno było być wielkim, nadętym dupkiem, jakim pewnie byłem do czasu. Stałem przed lustrem opierając się silnie o umywalkę i próbowałem uspokoić się wewnętrznie. Ciało szybciej doszło do równowagi. Nie zastanawiając się dłużej tak naprawdę nad niczym, bo w głowie panował tylko jeden wielki chaos wyszedłem z łazienki by szybko wrócić do łóżka i być obok Niej. W krótkim miedzy czasie wyjąłem z szafki pierwsze lepsze bokserki, bo choć nagość nie była dla mnie czymś krępującym to w tym przypadku wręcz nieodpowiednim zachowaniem by było paradować tak jak zboczeniec, choć Ona wiedziała jaki jestem i nie ulegało wątpliwości to, że kocha mnie nawet za tą wadę. Była w swoim postępowaniu idealna. Widziałem w Niej anioła. Delikatnie, by jej nie obudzić wsunąłem się na łóżko przesuwając się w dół by być na wysokości jej spiącej twarzy. Uwielbiałem patrzeć jak śpi. Zasnąłem z Nią w swojej głowie.
Obudziłem się wcześniej, nadal miałem przed sobą piękne rysy jej twarzy.
-Długo masz zamiar jeszcze tak na mnie patrzeć? -powoli otwierała ociężałe powieki i pokazała swoje niebieskie oczy.
-Przez całe życie.. -odparłem od razu, nadal się w Nią wpatrując.
-O czym tak myślisz, co?
-A wiesz co, myślałem nad tym, że nie poznałaś jeszcze mojej mamy -w jej oczach pojawiły się iskierki.

*Ronnie*
Czułam się skrępowana, ale fascynował mnie fakt, że sam zaproponował, abym poznała jego matkę. Bałam się, bo wiedziałam, że Jego mama jest dla Niego najważniejsza i co będzie jeżeli nie przypadnę Jej do gustu, jeżeli zrobię złe wrażenie. Trzęsły mi się nogi i silnie trzymałam się jego ramienia, aby nie upaść na ziemię. Martwił mnie również fakt, że idziemy bez uprzedzenia, nie lubię się nikomu zwalać na głowe.
-Jezu, nie denerwuj sie tak, nie idziemy na skazanie -Harry ciepłym głosem zapewniał mnie co i tak o dziwo mnie nie uspokajało.
-T-Tomo? -Harry wypowiedział to słowo, gdy weszliśmy w przecznice, na której znajodwał się dom matki.
-Harry? Jaki Tommo? Gdzie Ty widzisz tu Louisa? -zapytałam podejrzliwie. Poczułam jak zrobił się spięty i pustym spojrzeniem jakby o czymś mocno teraz myślał. -Harry?!
-Jego auto -powiedział to tak jakby był kompletnie zaczarowany. Byłam strasznie zdezorientowana. Wiem, że Harry przyjaźnił się z Lou, ale.. dlaczego zareagował tak silnie na to, że stoi tu jego auto. Swoją drogą zaczęła mnie trapić myśl: Co do jasnej cholery robi Loueh u mamy Harrego? Puściłam Harrego i stanęłam na środku chodnika.
-Harry, o co chodzi? Mógłbyś mi się wytłumaczyć? -jego zachowanie nie należało do normalnych, chciałam wiedzieć co w Nim siedziało.
-Ronnie, choć, przestań się wygłupiać, nic się nie dzieje.. -miałam uwierzyć w te słowa?
-Widzę przecież, mnie nie oszukasz, na pewno nie tym razem, więc..?
-Co więc.. nie spodziewałem się tu Louisa, po prostu, co w tym dziwnego? -jego zdenerwowanie było już widoczne na twarzy.
-Harry, uspokój się, ja chce się tylko dowiedzieć. W jednej chwili stałeś się spięty i jakbyś w ogóle nie kontaktował, zrozum, że jestem zmieszana, nie wiem o co chodzi. -patrzył się na mnie jakbym zabiła mu kogoś bliskiego. Nie rozumiałam jego zachowania. Serce pękało mi, gdy na Niego patrzyłam, do oczu o mały włos nie naszły łzy, które dusiłam w sobie gryząc się mocno w język. Co musiał czuć, jeżeli tak na to zareagował? Czy jest coś o czym nie wiem.. Zrobiło mi się słabo. W jednej chwili znalazłam się w jego ramionach. Boże.. nie czułam nic, prócz wielkiego wyrzutu sumienia, bo jego twarz przepełniona była cierpieniem. Nienawidziłam siebie za to. Nie potrafiłam złapać świadomości, nie potrafiłam sie odezwać. Był mocno przerażony. Wziął mnie do razu do szpitala po drodze dwoniąc do mojej matki. Czułam się coraz gorzej, straciłam siły, choć do granic możliwości próbowałam się nie poddawać i walczyłam ze sobą do końca..
Śniło mi się, że jechałam autem, a przede mną nie było nic. Nie da się tego opisać. Jechałam w nieznane, ale niczym się nie przejmowałam, bo był Harry, był obok mnie. Szepcząc mi do ucha słowa jednej piosenki Coldplay'a bawił się moimi włosami. Nagle coś trzasnęło o auto. Cisza aż krzyczała. Jak mogłam coś, kogoś, cokolwiek potrącić skoro nie było nic, prócz tylko Naszej dwójki? Wybiegłam z auta, kiedy Harry nadal przyglądał mi się i uśmiechał, jakby nic nie zauważył. Przed maską samochodu leżał poturbowany Louis. Krzyk chciał rozprzestrzenić się w całej próżni. Nic nie było słuchać, a ust Harrego nadal odczytywałam słowa piosenki.
Obudziłam się zlana potem. Sen zamiast wypoczynku był istną torturą. Po otwarciu zmęczonych powiek znów te samy ściany, te same okna, ta sama nerwowa cisza. Znów poczułam się najgorzej. Fizycznie już dawno upadłam, ale teraz załamywała się moje psychika. Niespokojnie zaczęłam krążyć wzrokiem po sali. Szukałam Harrego, którego moje oczy nie dostrzegały. W jednej sekundzie po skroni zaczęły sływać łzy, wiele łez. Gdzie on był? Nie wiem. Bałam się. Bez Niego nie byłam bezpieczna, ale.. co jest z Nim? Przypomniałam sobie, że przed zemdleniem otarliśmy sie o kłótnie. Och, przypomniała mi się twarz Harrego, ten ból w jego oczach. Przeszły mnie dreszcze. Jestem egoistką. Tak strasznie myślę o sobie, a On.. a On może teraz mieć duże problemy ze sobą. Nadal przecież nie wyjaśniliśmy zaistniałej sytuacji.
-Mamo! -krzyknęłam - piszcząc, gdy ta wchodziła powoli do sali.
-Jestem, kochana, ale spokojnie, leż, nie możesz sie przemęczać. -w jej oczach był strach. To cholernie boli, gdy wszyscy dookoła ciepią i na twarzy widać tylko smutek i to z Twojego powodu. Czuję jakbym obarczała ich sobą. To straszne.
-Gdzie.. -nie potrafiłam wypowiedzieć Jego imienia.
-Nikt go nie widział po tym jak Cię tu przywiózł, ja też nie miałam z Nim kontaktu, po tym jak zadzwonił z informacją co się stało i gdzie Cię wiezie, ale na pewno przyjedzie, nie denerwuj się, proszę. -nie potrafiłam na to odpowiedzieć. Serce moje łamało się na pół uszkadzając moje płuca, przez co mój oddech był coraz płytszy. Odwróciłam głowę w przeciwnym kierunku niż siedziała moja mama, bo płacz przeszył mnie i nie potrafiłam się uspokoić. Pogłaskała moją rękę i znów zaczęła mówić -Ronnie, jest na prawdę źle. Zawsze rozmawiamy szczerze, więc i teraz nie będę Cię okłamywać. Potrzebny jest natychmiastowy przeszczep. Jesteś w kolejce, ale przeszczep jest szybko konieczny. Wiesz, że nie mogę oddać szpiku dla Ciebie, a mała..
-Nie, nie chce od Vani, nigdy w życiu. Poczekam, może się doczekam mamo.
-Wiesz, że i tak będę szukać, ktokolwiek, musi być tylko zgodność, nie zostawię Cię Ronnie, nie pozwolę Ci na to. -zaczęła płakać razem ze mną. Zanosząc sie coraz to bardziej rozpaczliwym płaczem szybkim krokiem wyszła z sali. Dzięki Bogu nie musiałam jej prosić o wyjście, ale tak, chciałam zostać w tej chwili sama. Jej płacz w harmonii z moim rozbijał mnie jeszcze bardziej.
Zasnęłam. Znów śnił mi się Harry, ale znów nic nie było. Tylko On i ja i trzymał mnie za rękę. Znów obudziłam się roztrzęsiona. Znów płakałam. Znów Jego nie było. Moje przyzwyczajenie się do Jego osoby bolało mnie, moja miłość, która rosła z dnia na dzień wydawała się taka bliska, a teraz? Wszystko prysło jak bańka mydlana, On prysł. Dlaczego go tu nie było? To pytanie zadawałam sobie w każdej sekundzie. Starałam się znów zasnąć, a potem jeszcze raz, bo za każdym razem śnił mi się Harreh, a ja chciałam po prostu być blisko Niego, czuć go, przytulić, widzieć jego uśmiech i poczuć się bezpiecznie.
-Ronnie..? Ronnie.. Ronnie? Słyszysz mnie? -Harry? Harry, powiedz, że to Ty. Nie otworze tych cholernych oczu, jeżeli to nie jesteś Ty.
-Harry? -majaczyłam.
-Ronnie, otwórz oczy! -poznałam głos małej.
-Vania! Co Ty tu robisz? Prosiłam mamę..
-Mama nawet nie wie, że tu jestem, nie chciała mnie samej zostawić w domu, więc wzięła mnie tu.. no i znalazłam Ciebie. -jej głos tak troszczył się o mnie. -Kiedy wrócisz?
-Och, słodka, niedługo. Już czuję się lepiej. -umieram. Tyle chemii za sobą, tyle to już się ciągnie.. nie mam szans, nie mam.
-Martwię się! -Boże.. czemu mi to robisz? Już i tak sporo wszyscy nade mną płaczą. Jeszcze Ona? Jeszcze Ona miała zacząć sobie zdawać sprawę, że jest ze mną źle?
-Ale nie ma sie o co martwić, jest już lepiej.. wiesz, że ja już tak mam.. -próbowałam się uśmiechnąć i chyba nawet mi wyszło, bo zobaczyłam na jej twarzy lekką radość. -Już? Już się nie przejmujesz?
-No dobrze.. -pocałowała mnie w policzek.
-Jezu.. Tutaj jesteś! Kazałam Ci się chyba nie ruszać z miejsca, prawda? -mama zmartwiona i zdenerwowana na jednym oddechu mówiła.. -Już choć, daj siostrze spokój, musi odpoczywać.
-Pa Ronnie, do zobaczenia. -nie odpowiedziałam. Do zobaczenia? Nie wiem, nie wiem czy do zobaczenia.
-Słonko.. ja już będę szła, muszę zawieźć małą do domu, jutro z rana będę.
-Dziękuje mamo, odpocznij, do jutra.
Drzwi się zamknęły. Za oknem nie było jeszcze ciemno. Godzina mogła był może dwudziesta pierwsza? Ale niczym dla mnie były minuty bez Niego. Zasnęłam.

***
dziękuje, co mogę więcej powiedzieć.. może jakieś komentarze? błagam o każdą opinię.